26 lutego 2010, piątek, 9:00

Już szpaki przyleciały

Wczoraj by­ło 11 stop­ni i chy­ba to spra­wi­ło, że po po­łu­dniu zo­ba­czy­łem pierw­sze szpa­ki. Nie bar­dzo do­wie­rza­łem, ale po obej­rze­niu przez lor­net­kę za­uwa­ży­łem ich zło­ta­wo na­kra­pia­ne upie­rze­nie. Nieco ob­wi­słe skrzy­dła zdra­dza­ły prze­by­tą  dłu­gą dro­gę i zmę­cze­nie. Ich drob­ne syl­wet­ki wska­zy­wa­ły, że są to mło­de osob­ni­ki z ubie­gło­rocz­ne­go lę­gu. Gromadnie ob­sia­dły sa­me wierz­choł­ki mo­drze­wi, aby jesz­cze zła­pać pro­mie­nie za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Ich wy­ra­zi­sty skrze­kot, po­dob­ny do gło­śne­go zgrzy­ta­nia zę­ba­mi zwa­biał ko­lej­ne osob­ni­ki, któ­re nad­la­ty­wa­ły znad za­śnie­żo­nej jesz­cze łą­ki.

Pojawiła się też par­ka my­si­kró­li­ków pil­nie dzio­bią­cy­ch od­kry­te, ale jesz­cze za­sło­nię­te cha­rak­te­ry­stycz­nym, zi­mo­wym ko­żusz­kiem nie­wiel­kie po­ła­cie traw­ni­ka wy­ła­nia­ją­ce­go się spod  du­żej war­stwy śnie­gu.

Gromadka szczy­głów za­ję­ła mu­ra­wę pod sa­mą gru­szą, wy­dzio­bu­jąc opa­da­ją­ce z niej reszt­ki ko­ry, któ­rą wcze­śniej pe­ne­tro­wa­ły dzię­cio­ły pstre.

Kiedy przez te­go­rocz­ną, sro­gą zi­mę oczko wod­ne po­kry­wa­ła  gru­ba war­stwa lo­du, za­czą­łem się nie­po­ko­ić o zi­mu­ją­ce tam ry­by. Dziś po­ja­wi­ło się już na głęb­szej czę­ści oczka lu­stro wo­dy, znad któ­re­go za­uwa­ży­łem jed­ną z mo­ich sied­miu ry­bek. To by­ła po­bły­sku­ją­ca zło­tem or­fa, a za nią pod­pły­wał do brze­gu ru­mia­ny ka­raś. Jest to dla mnie znak, że uda­ło im się prze­trwać ob­cą im do­tych­czas ostrą zi­mę.

I jesz­cze je­den ob­ra­zek uświa­do­mił mi, że nie­uchron­nie nad­cho­dzi wio­sna. Zadarłem do gó­ry gło­wę, kie­dy usły­sza­łem nad cha­tą szum ło­po­cą­cy­ch skrzy­deł trzech prze­la­tu­ją­cy­ch w szy­ku bia­ły­ch ła­bę­dzi.

Powiązane wpisy

25 lutego 2010, czwartek, 9:51

Święty Maciej zimę traci…

Dzień 24 lu­te­go wy­zna­cza nam po­go­do­we pla­ny. Stare, pol­skie przy­sło­wie dzień Św. Macieja przy­pi­su­je pro­gno­zo­wa­niu po­czy­nań zi­my: „Święty Maciej zi­mę tra­ci al­bo ją bo­ga­ci„. Zatem ma­jąc w pa­mię­ci nad wy­raz cie­pły i w mia­rę po­god­ny wczo­raj­szy dzień, mo­że­my śmia­ło po­wie­dzieć, że na­stę­pu­je już że­gna­nie się z zi­mą.

W mo­im le­sie już od sa­me­go ra­na sły­chać na­wo­łu­ją­ce się pta­sie gło­sy. Wczesnym ran­kiem pierw­sze za­czę­ły się od­zy­wać ko­sy, po­tem si­kor­ki przy­wo­ły­wa­ły swo­ich part­ne­rów, a z aka­cji przed do­mem do­cho­dzi­ły me­ta­licz­ne po­pi­ski­wa­nia pa­ry ko­wa­li­ków. Niewielkimi stad­ka­mi na po­ja­wia­ją­cej się spod śnie­gu tra­wie przy­sia­dy­wa­ły roz­we­se­lo­ne czy­ży­ki. Na obrze­ża­ch la­su co­raz do­sad­niej sły­sza­łem bęb­nie­nie dzię­cio­łów i pi­skli­wy skrze­kot ko­lo­ro­wy­ch só­jek. Idzie wio­sna du­ży­mi kro­ka­mi.

Powiązane wpisy

20 lutego 2010, sobota, 11:00

O kluczu do szczęścia … i nie tylko

Słowo klu­cz ma bar­dzo wie­le zna­czeń. Tym okre­śle­niem po­słu­gu­je się wie­le dzie­dzin ży­cia. Dla mnie sło­wo klu­cz szcze­gól­nie w czte­rech dzie­dzi­na­ch je­st bar­dzo in­te­re­su­ją­ce.

Kiedy oglą­dam za­byt­ko­we obiek­ty ar­chi­tek­tu­ry, to zwra­cam uwa­gę wła­śnie na na klu­cz – zwor­nik nad głów­nym wej­ściem (je­że­li je­st wi­docz­ny), al­bo je­den z kliń­ców w łu­ku ar­ka­dy czy w łu­ku skle­pie­nia. Jest to z re­gu­ły ele­ment ce­gla­ny lub ka­mien­ny w for­mie kli­na, któ­ry bu­dow­ni­cze­mu po­zwo­lił na zblo­ko­wa­nie na­po­ru nad­pro­ża, łu­ku czy frag­men­tu skle­pie­nia, a czę­sto ca­łe­go ogro­mu bu­dow­li. Siła na­ci­sku po­wsta­ją­ca w ta­kim łu­ku je­st tak wiel­ka, że na­wet za­pra­wa czy in­ne spo­iwo nie by­ły­by ko­niecz­ne – to je­st dla mnie im­po­nu­ją­ce. W daw­nej ar­chi­tek­tu­rze bu­dow­ni­czy nada­wa­li zwor­ni­kom wy­róż­nia­ją­cą się, czę­sto ozdob­ną for­mę, ja­ką ma np. ten (pre­zen­to­wa­ny na zdję­ciu obok) nad wej­ściem do Staromiejskiego Ratusza w Toruniu.

Drugą dzie­dzi­ną, w któ­rej klu­cz je­st uży­wa­ny je­st mu­zy­ka. A w niej dla mnie naj­pięk­niej­szy kształt przy­bie­ra klu­cz wio­li­no­wy (zwa­ny też klu­czem skrzyp­co­wym). Jest to znak gra­ficz­ny, wy­zna­cza­ją­cy po­ło­że­nie na pię­cio­li­nii jed­ne­go dźwię­ku (g1). Wielką fraj­dą by­ła dla mnie na­uka je­go ry­so­wa­nia jesz­cze w szko­le pod­sta­wo­wej – na lek­cja­ch śpie­wu. Ta nie­zwy­kła for­ma, któ­ra chy­ba każ­de­mu mo­że się po­do­bać i je­st ry­so­wa­na jed­nym, płyn­nym ru­chem. Spróbujcie – za­czy­na­jąc od dru­giej li­nii!


→ czy­taj da­lej…

18 lutego 2010, czwartek, 15:55

Z krogulcem na gruszy

Jednak za­wi­tał i do mnie kro­gu­lec. Na po­cząt­ku zi­my ja­kie­goś dra­pież­ne­go pta­ka za­uwa­ży­łem na gru­szy obok ogro­do­we­go pa­wi­lo­nu. Wydawało mi się, że to my­szo­łów i tak też na­pi­sa­łem w jed­nym z po­stów. Aż tu pew­ne­go dnia by­łem świad­kiem na­stę­pu­ją­cej sce­ny – znad czy­ta­nej ga­ze­ty wy­rwa­ło mnie głu­che ude­rze­nie w szy­bę ku­chen­ne­go okna. To by­ło tak sły­chać, jak­by ja­kiś ptak nie wy­ha­mo­wał i po­le­ciał pro­sto w okien­ną szy­bę. Wybiegłem na dwór, że­by zo­ba­czyć co też się  sta­ło. Na bia­łym śnie­gu zo­ba­czy­łem w kil­ku miej­sca­ch pie­rza­ste wy­skub­ki (reszt­ki drob­ne­go, pta­sie­go pie­rza), a nie­opo­dal nad łą­ką  za­uwa­ży­łem od­la­tu­ją­ce­go wła­śnie kro­gul­ca ze zdo­by­czą spod mo­je­go karm­ni­ka. Unoszące się jesz­cze w po­wie­trzu piór­ka na­le­ża­ły do jed­nej z mo­ich do­kar­mia­ny­ch zi­mą si­ko­rek. Analizując łań­cu­ch po­kar­mo­wy świa­ta zwie­rzę­ce­go mo­gę po­wie­dzieć, że do­kar­miam nie tyl­ko bied­ne, ma­łe pta­szy­ny, ale i dra­pież­ni­ki.

Powiązane wpisy

8 lutego 2010, poniedziałek, 16:10

Widziałem orła cień …

To wła­śnie ten wi­dok dziś mnie za­uro­czył. Trzy or­ły bie­li­ki przez po­nad pięć mi­nut po­zo­wa­ły mi do zdję­cia w trak­cie dzi­siej­sze­go re­lak­su na bie­gów­ka­ch.

To był mój czwar­ty (po nie­dziel­nej prze­rwie na re­ge­ne­ra­cje sił) dzień na nar­ta­ch bie­go­wy­ch w Borach Stobrawskich. Żałuję, że nie mia­łem ze so­bą apa­ra­tu fo­to­gra­ficz­ne­go – te zdję­cia ro­bio­ne ko­mór­ką nie­ste­ty nie są spe­cjal­ne. Niemniej jed­nak dla udo­ku­men­to­wa­nia dzi­kiej przy­ro­dy mu­si to wy­star­czyć. O na­po­tka­nym kil­ka lat te­mu bie­li­ku pi­sa­łem w ostat­nim po­ście. I tu dziś, jak­by dla po­twier­dze­nia te­go fak­tu i na ży­cze­nie zja­wi­ły się nad mo­ją gło­wą – i to aż trzy!
→ czy­taj da­lej…

Powiązane wpisy