28 marca 2013, czwartek, 10:24

Pod znakiem jaja …

Wielkie, ko­lo­ro­we ja­jo znaj­du­je się przed Muzeum Pisanki w Kołomyi na Zachodniej Ukrainie.

To cał­kiem nie­da­le­ko od pol­skiej gra­ni­cy. Ciekawe, ga­li­cyj­skie mia­stecz­ko (oko­ło 60 tys.  miesz­kań­ców) z pol­ski­mi ko­rze­nia­mi nie­da­le­ko Stanisławowa (dziś Iwano Frankowsk).

Przed wie­ka­mi osa­da ta uzy­ska­ła pra­wa miej­skie z rąk Kazimierza Wielkiego.  Miasto sły­nę­ło nie­gdyś z wy­do­by­cia so­li – war­to je dziś od­wie­dzić.

Wesołych Świąt!

Powiązane wpisy

27 marca 2013, środa, 10:08

Ostatnie zimy podrygi?

Dziś już koń­ców­ka mar­ca, a w na­szym le­śnym oto­cze­niu jesz­cze praw­dzi­wa zi­ma.  Na te­re­nie na­szej po­se­sji jesz­cze spo­ro śnie­gu.  Kiedy wy­ją­łem swo­je nar­ty scho­wa­ne głę­bo­ko po ostat­nim se­zo­nie, oka­za­ło się, że śnieg świet­nie na­da­je się do jaz­dy. 

Jego zmro­żo­na, gru­ba war­stwa po­zwa­la na praw­dzi­we szu­so­wa­nie. Musiałem na­wet wy­ha­mo­wy­wać przed pło­tem, któ­ry ogra­ni­czał zjazd z gór­ki. Lekki mróz i spo­ra war­stwa śnie­gu two­rzy­ła chy­ba naj­lep­sze wa­run­ki do upra­wia­nia bie­gów tej zi­my.

Dzisiejsze rund­ki na nar­ta­ch bie­go­wy­ch by­ły tym przy­jem­niej­sze, że od­by­wa­ły się przy wio­sen­ny­ch tre­la­ch pta­ków, któ­re nic so­bie nie ro­bi­ły z tej prze­dłu­ża­ją­cej się w tym ro­ku zi­my i już kil­ka ty­go­dni te­mu roz­po­czę­ły gniaz­do­wa­nie.

Mam na­dzie­ję, że ty­mi już ostat­ni­mi bie­ga­mi na nar­ta­ch prze­ga­nia­łem tę zi­mę, by za­miesz­cza­ne na blo­gu fo­to­gra­fie na­bra­ły wresz­cie wio­sen­ny­ch ko­lo­rów. Chowam więc nar­ty głę­bo­ko i za­pra­szam do od­trą­bie­nia koń­ca zi­my.

 

Powiązane wpisy

20 marca 2013, środa, 19:34

O zimie w Rosji

W pią­tek wró­ci­łem z Moskwy – z mia­sta, któ­re za każ­dym ra­zem kie­dy tam wy­jeż­dżam (a zda­rza się to kil­ka ra­zy w ro­ku), na­pa­wa mnie nie­po­ko­jem i oba­wą przed przy­tła­cza­ją­cą at­mos­fe­rą tej dwu­dzie­sto­mi­lio­no­wej me­tro­po­lii.

Choć tym ra­zem nie sty­ka­łem się bez­po­śred­nio z sa­mym cen­trum Moskwy – no, mo­że po­za krót­kim spa­ce­rem po zu­peł­nie po­zba­wio­nym śnie­gu Placu Czerwonym z czyn­nym lo­do­wi­skiem i nad wy­raz przy­tul­ny­mi kla­sy­cy­stycz­ny­mi ga­le­ria­mi han­dlo­wy­mi przy­le­ga­ją­cy­mi do nie­go.  Ową przy­tul­no­ść two­rzy­ły de­ko­ra­cje w po­sta­ci ob­sy­pa­ny­ch bla­do­ró­żo­wym kwie­ciem drze­wek kwit­ną­cy­ch ja­bło­ni i wi­śni, któ­re zwia­sto­wa­ły nad­cho­dzą­cą wio­snę i na­pa­wa­ły opty­mi­zmem.

Jedynie pod­świe­tlo­na re­flek­to­ra­mi biel fa­sa­dy po­bli­skie­go Teatru Bolszoj skry­wa­ła za po­tęż­ną ko­lum­na­dą ta­jem­ni­czo­ść, re­spekt i dy­stans do świa­ta ra­dziec­kiej kul­tu­ry.

Największy jed­nak nie­po­kój wy­wo­ły­wa­ło we mnie mo­skiew­skie me­tro. Niezliczone tłu­my – po­dob­no 3 mi­lio­ny każ­de­go dnia – two­rzy­ły nie­koń­czą­cą się fa­lę, któ­rej każ­dy pa­sa­żer był zmu­szo­ny się pod­dać w na­po­rze do wej­ść do wa­go­nów na po­szcze­gól­ny­ch sta­cja­ch.

I jesz­cze je­den ob­raz za­pa­mię­ta­ny z okien 30-piętrowego ze­spo­łu ho­te­lo­we­go, wy­bu­do­wa­ne­go na olim­pia­dę Moskwa 1980 ro­ku w naj­star­szej czę­ści Moskwy – Izmailowo. To zwa­ły śnie­gu (po­dob­no naj­więk­sze opa­dy od kil­ku­dzie­się­ciu lat) i cier­pli­wie i sys­te­ma­tycz­nie li­kwi­du­ją­cy go pra­cow­ni­cy. Z po­dzi­wem ob­ser­wo­wa­łem, kie­dy z ogrom­ny­ch par­kin­gów zni­kał śnieg nie tyl­ko z ulic czy chod­ni­ków, ale i z po­mię­dzy za­par­ko­wa­ny­ch sa­mo­cho­dów, aby kie­row­cy mo­gli swo­bod­nie wej­ść do swo­ich aut.

Nieprzystępna po­go­da w Moskwie nie po­zwo­li­ła mi na zro­bie­nie zdjęć tej śnie­ży­cy (no, po­za jed­nym), na­to­mia­st po­ni­żej za­miesz­czam fo­to z na­szy­ch oko­lic – Chaty w le­sie, zro­bio­ne wczo­raj – na dzień przed na­dej­ściem ka­len­da­rzo­wej wio­sny.

Powiązane wpisy

19 marca 2013, wtorek, 22:01

Historia każdego dnia

Tak wie­le się dzie­je każ­de­go dnia wo­kół miej­sc, w któ­ry­ch prze­by­wam, do któ­ry­ch czę­sto po­dró­żu­ję, że po­sta­no­wi­łem za­prze­stać szu­ka­nia te­ma­tów do mo­je­go blo­ga.

Wystarczy, abym za­czął opi­sy­wać to, co mnie ota­cza, co po­strze­gam do­oko­ła, ja­kie mnie ogar­nia­ją emo­cje i ja­kie są mo­je zwią­za­ne z tym re­ak­cje.

Historia się two­rzy każ­de­go dnia. Choćby dziś – 19 mar­ca Roku Pańskiego 2013.

W Watykanie in­au­gu­ra­cja pon­ty­fi­ka­tu Papieża Franciszka I – Argentyńczyka. Mnie to przy­po­mi­na hi­sto­rię sprzed ośmiu la­ty, kie­dy uczest­ni­czy­łem w po­grze­bie Bł. Jana Pawła II.

Nie uda­ło nam się do­trzeć na sam Plac św. Piotra – znaj­do­wa­łem się w jed­nej z bocz­ny­ch ulic w tłu­mie piel­grzy­mów, wśród któ­ry­ch jed­ną z pol­ski­ch grup pi­lo­to­wa­łem wła­śnie na po­grzeb na­sze­go ro­da­ka – pa­pie­ża. Zwierzyłem się mo­im uczest­ni­kom ze swo­je­go prze­czu­cia, że na­stęp­nym pa­pie­żem zo­sta­nie wy­bra­ny Josef Ratzinger – pro­wa­dzą­cy wła­śnie ce­re­mo­nię po­grze­bo­wą. Tak też się sta­ło – zo­stał ko­lej­nym pa­pie­żem – Benedyktem XVI.

Tak więc sta­łem się uczest­ni­kiem waż­ne­go, hi­sto­rycz­ne­go mo­men­tu. Podobnie by­ło i wte­dy, kie­dy śle­dząc uro­czy­sto­ść na po­bli­skim te­le­bi­mie sta­łem się świad­kiem za­my­ka­nia się z im­pe­tem le­żą­cej na wie­ku trum­ny Biblii. Wtedy po­my­śla­łem o hi­sto­rii, któ­ra prze­mi­ja. Zostaje tyl­ko ob­raz czer­wo­ny­ch okła­dek tej świę­tej księ­gi, po­mię­dzy któ­rej kar­ty wple­cio­na zo­sta­ła hi­sto­ria nie­za­po­mnia­ne­go i wspa­nia­łe­go pon­ty­fi­ka­tu Jana Pawła II.

A dziś za­pew­ne two­rzy się no­wa hi­sto­ria rzymsko-katolickiego Kościoła pod prze­wod­nic­twem Franciszka I. W swo­im in­au­gu­ra­cyj­nym wy­stą­pie­niu mó­wił o eko­lo­gii, o ochro­nie na­tu­ry, a to mnie oso­bi­ście bar­dzo cie­szy.

Powiązane wpisy

17 marca 2013, niedziela, 17:07

Z moskiewskim frontem

Ostatni ty­dzień mi­nął mi na po­dró­ży do Moskwy. Tym ra­zem mia­łem oka­zję po­znać jed­ną z naj­star­szy­ch dziel­nic tej me­tro­po­lii – Izmailovo. Tym fron­tem w ty­tu­le był fron­tal­ny atak zi­my nie spo­ty­ka­nej od wie­lu lat.

To tu znaj­du­je się cu­dacz­ny kom­pleks bu­dyn­ków przy­po­mi­na­ją­cy­ch we­so­łe mia­stecz­ko. To wła­śnie Izmailowski Kreml (kreml, to ina­czej gród wa­row­ny). Miejsce zwa­ne „mu­zeum mu­ze­ów” – te­ren fe­sty­nów, tar­gów, wy­staw po­świę­co­ny­ch ro­syj­skiej hi­sto­rii, sztu­ce rze­mieśl­ni­czej i lu­do­wej.

Jest tu mu­zeum ro­syj­skiej wód­ki, mu­zeum chle­ba, mu­zeum za­ba­wek, mu­zeum dzwo­nów, a na­wet mu­zeum ro­syj­ski­ch wa­lo­nek. Smakosze mo­gą od­wie­dzić Pałac Kuchni Rosyjskiej, a zbie­ra­cze pa­mią­tek ol­brzy­mie ilo­ści stra­ga­nów z su­we­ni­ra­mi.

Tu zdjęć nie wol­no ro­bić bez spe­cjal­nie opła­co­nej zgo­dy. Mnie uda­ło się zro­bić kil­ka fo­tek tuż przed in­ter­wen­cją pra­cow­ni­ka ochro­ny te­go nie­ty­po­we­go obiek­tu.

Izmailowski Kreml po­wstał w XVII wie­ku, ja­ko jed­na z re­zy­den­cji car­ski­ch. Wielokrotnie pło­nął, a ostat­ni po­żar miał miej­sce w 2005 ro­ku. Dziś – po czę­ścio­wej re­kon­struk­cji i od­no­wie­niu je­st to miej­sce atrak­cyj­ny­ch wy­cie­czek i ple­ne­rów we­sel­ny­ch.

W bar­dzo bli­skiej od­le­gło­ści od te­go miej­sca znaj­du­je się słyn­ny w świe­cie kom­pleks 30-piętrowych ho­te­li, któ­re zo­sta­ły zbu­do­wa­ne spe­cjal­nie na olim­pia­dę w 1980 ro­ku w Moskwie. Dziś po od­po­wied­ni­ch re­mon­ta­ch są chęt­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ne przez biz­nes­me­nów, z uwa­gi na przy­zwo­ity stan­dard. Obok wi­dok z okna mo­je­go po­ko­ju ho­te­lu Delta na Izmailowski Kreml.

A ta­ka wła­śnie zi­ma mnie spo­tka­ła pod­czas ty­go­dnio­we­go po­by­tu w Moskwie wraz z nią sil­ne śnie­ży­ce i od­wo­ła­ny lot do Warszawy.

Tu chcę po­chwa­lić na­sze­go kra­jo­we­go prze­woź­ni­ka – LOT za ope­ra­tyw­no­ść, któ­ry bez pro­ble­mów prze­bu­ko­wał na­sz lot na AEROFŁOT przez Frankfurt do Wrocławia.

PS. A u nas też zi­ma jesz­cze tro­chę trzy­ma.