15 stycznia 2010, piątek, 21:15

Prawdziwy bałwan

Muszę przy­znać, że trzy­ma­ją­ca się od Nowego Roku zi­mo­wa au­ra przy­po­mi­na mi tę z dzie­ciń­stwa. Zwały śnie­gu, zwi­sa­ją­ce so­ple, szczy­pią­cy w uszy mróz, czy two­rzą­ce się gdzie­nie­gdzie za­spy, mo­gą przy­wo­ły­wać te dzie­cię­ce wspo­mnie­nia.  Zdarzało mi się cho­dzić do szko­ły wy­drą­żo­ny­mi w śnie­gu tu­ne­la­mi. Zjeżdżało się z pa­gór­ka za do­mem na drew­nia­ka­ch (skó­rza­ny­ch bu­ta­ch pod­bi­ty­ch drew­nia­ną po­de­szwą) lub san­ka­ch – chy­ba każ­dy, miesz­ka­ją­cy w gó­ra­ch miał oka­zję to prze­żyć. Do szko­ły by­ło pod gór­kę, bo jak­że mia­ło być w Beskidzie Wyspowym, sko­ro wy­sta­ją­ce wznie­sie­nia, jak wy­spy na oce­anie przy­po­mi­nał. Raz pod gór­kę, po­tem znów z gór­ki i bi­lans się wy­rów­ny­wał.

Zanim przyj­dzie od­wilż i za­czną top­nieć śnie­gi – opo­wiem o za­sły­sza­nej nie­daw­no w mo­jej ra­dio­wej Trójce, hi­sto­rii o chłop­ca­ch osie­dlo­wy­ch:

Zrobili chłop­cy bał­wa­na – nie po­stał dłu­go. Parkujący obok kie­row­ca z pre­me­dy­ta­cją roz­je­chał go. Ulepili więc chłop­cy na­stęp­ne­go bał­wa­na. I znów ten „bał­wan” (kie­row­ca) z im­pe­tem roz­wa­lił go. Ale za to na dru­gi dzień spryt­ni chłop­cy ule­pi­li bał­wa­na na po­bli­skim hy­dran­cie…

Dzisiejszy po­st nie­co spóź­nio­ny, gdyż od wczo­raj by­łem za­ję­ty obo­wiąz­ka­mi w swo­jej cha­cie. Z uro­ków le­śnej zi­my sko­rzy­sta­li dziś moi sta­li go­ście. Kolejny bu­si­ness lun­ch w zi­mo­wej sce­ne­rii się udał, co je­go uczest­ni­cy po­twier­dzi­li w pro­wa­dzo­nej kro­ni­ce (tej ręcz­nie pi­sa­nej).

Niespodziankę mi dziś zro­bił są­siad Hubert po­de­sła­nym zdję­ciem – ale o tym już w na­stęp­nym ra­zem.