19 marca 2010, piątek, 20:53

Dudek na dachu

Właśnie taki widok miałem dzisiaj przed sobą. Wiosna przyszła całą parą. Przyleciały już dudki. Jeden długo żerował na naszej łące – tuż pod modrzewiem. Obserwowałem go z odległości 20 metrów. Swoim długim, zakrzywionym dziobem wyciągał z ziemi dorodne robaki. Populacja tych urokliwych ptaków zmniejszyła się w ostatnich latach, bo spadło pogłowie bydła domowego. Dudki bowiem chętnie się żywią pędrakami, które penetrują krowie odchody. Na szczęście na śródleśnych łąkach znajdują się odchody płowej, leśnej zwierzyny. Przypatrując się przelatującym ptakom, zawsze rozpoznaję charakterystyczny, lekko falujący lot dudka z rozpostartymi jak u motyla skrzydłami w czarno-białe okręgi.

Przed kilkoma laty wybudowałem drewniany pawilon ogrodowy. Długo się zastanawiałem nad tym, komu go poświęcę. Dopiero interesująca historia gniazdującego przed laty w mojej okolicy dudka zainspirowała mnie do zamontowania  na szczycie pawilonu wiatrowskazu w formie tego urokliwego ptaka.

O dudku opowiadał mi sąsiad, śp. Żdżuj – myśliwy i wielki znawca przyrody naszej leśnej osady: Przez wiele lat dziuplę w starym klonie przy drodze obok naszej chaty zajmowała para dudków. (Było to w czasie, zanim nabyliśmy nasz stary dom). Gniazdo dudków znajdowało się pomiędzy dwoma głównymi konarami  tego starego drzewa. Pewnej, jesiennej nocy wichura uwięziła i przygniotła dudka rozkraczynami konarów.

Stary klon runął później na mój płot. Dudki opuściły Kęszyce na wiele lat. Dopiero pierwszy pojawił się na szczycie mojego pawilonu. Miała to być zachęta dla tych prawdziwych dudków, które przed laty zajmowały to terytorium. Udało się. Już od kilku lat gniazdują na skraju naszego lasu i żerują na pobliskich łąkach i naszym ogrodzie.

Dziś, korzystając z pięknej pogody po raz pierwszy podkarmiłem ryby w swoim przydomowym stawie. Można to robić, kiedy temperatura jest odpowiednia, a dzisiaj było 16 stopni. Wszystkie dobrze przezimowały i pojawiły się w komplecie do karmienia: dwa dorodne japońskie karpie koi i dwa maleńkie z mojego już, ubiegłorocznego przychówku, trzy karasie i orfa.

26 lutego 2010, piątek, 9:00

Już szpaki przyleciały

Wczoraj było 11 stopni i chyba to sprawiło, że po południu zobaczyłem pierwsze szpaki. Nie bardzo dowierzałem, ale po obejrzeniu przez lornetkę zauważyłem ich złotawo nakrapiane upierzenie. Nieco obwisłe skrzydła zdradzały przebytą  długą drogę i zmęczenie. Ich drobne sylwetki wskazywały, że są to młode osobniki z ubiegłorocznego lęgu. Gromadnie obsiadły same wierzchołki modrzewi, aby jeszcze złapać promienie zachodzącego słońca. Ich wyrazisty skrzekot, podobny do głośnego zgrzytania zębami zwabiał kolejne osobniki, które nadlatywały znad zaśnieżonej jeszcze łąki.

Pojawiła się też parka mysikrólików pilnie dziobiących odkryte, ale jeszcze zasłonięte charakterystycznym, zimowym kożuszkiem niewielkie połacie trawnika wyłaniającego się spod  dużej warstwy śniegu.

Gromadka szczygłów zajęła murawę pod samą gruszą, wydziobując opadające z niej resztki kory, którą wcześniej penetrowały dzięcioły pstre.

Kiedy przez tegoroczną, srogą zimę oczko wodne pokrywała  gruba warstwa lodu, zacząłem się niepokoić o zimujące tam ryby. Dziś pojawiło się już na głębszej części oczka lustro wody, znad którego zauważyłem jedną z moich siedmiu rybek. To była pobłyskująca złotem orfa, a za nią podpływał do brzegu rumiany karaś. Jest to dla mnie znak, że udało im się przetrwać obcą im dotychczas ostrą zimę.

I jeszcze jeden obrazek uświadomił mi, że nieuchronnie nadchodzi wiosna. Zadarłem do góry głowę, kiedy usłyszałem nad chatą szum łopocących skrzydeł trzech przelatujących w szyku białych łabędzi.