29 sierpnia 2013, czwartek, 21:38

Wspomnienia z wakacji

 

Na pewno pamiętacie te dziwne drzewa, które spotykaliście w ciepłych krajach? Im większe drzewo i z większą ilością zakamarków – tym starsze. Niektóre z tych drzew oliwnych mają już po kilkaset lat, a te najstarsze dwa tysiące. To moje fotograficzne wspomnienia z maleńkiej wyspy Thassos w Grecji, gdzie często bywałem przed kilkoma laty.

9 września 2010, czwartek, 20:32

… góry zdobywać!

Miała to być krótka wycieczka na pobliski szczyt nad Limenaria, na którym z mojego miasteczka widać jakieś ruiny.

Na szczyt nie dotarłem, bo bita droga doprowadziła mnie do kolejnego, coraz bardziej oddalając mnie od celu wyprawy. Obok widok na jedną z zatok wyspy Thassos.

Jednak zasmakowałem górskiej wędrówki i omijając wspomniany szczyt, zaliczyłem jeszcze dziewięć innych.

Wielkim zaskoczeniem był widok wyrastającego z jaskini dorodnego drzewa figowego. To było z dojrzałymi w pełni prawie granatowymi już owocami. Nie mogłem przejść obok bez skosztowania ich i zrobienia zapasów na dalszą wędrówkę.

Mijając kolejne szczyty w oddali rozpoznałem szczyt z widoczną kamienną, górską wioską Kastro. Z powodu braku czasu już nie planowałem jej odwiedzenia – zrobię to innym razem i postaram się zrobić relację z tego ciekawego miejsca.


→ czytaj dalej…

1 września 2010, środa, 20:14

Czarne chmury nad Grecją

Dziś mamy 1  wrzesień. Czy to już jesień? Zmiana pogody dotarła i na tę ciepłą wyspę. Chyba za sprawą śniegu na Kasprowym, o którym Kasia donosi. Te czarne chmury nad Grecją są faktem ale i przenośnią, z którą Grecy powinni się wreszcie pogodzić.

Prezentowany obok obiekt pokazuje ich zaniedbania i stagnację w działaniu greckiej administracji. W latach sześćdziesiątych niemiecka firma Speidel zakończyła wydobywanie rud żelaza na wyspie Thassos. Od wielu lat pracowali dla niemieckiego koncernu Krupp, aż do wyczerpania złoża. Opuścili wyspę, oddając siedzibę zarządu firmy – pałacyk (Palataki) greckiej administracji.

Już mija 50 lat, od kiedy  nowe władze za każdym razem obiecują swoim wyborcom zagospodarowanie popadającego niestety w ruinę reprezentacyjnego obiektu. Mógłby tu powstać  na przykład piękny hotel na skarpie. Władze jedynie stać na to, żeby nocą podświetlić tę atrakcyjną ruinę. W dzień zieje pustką z otworów drzwiowych i powybijanych okien.

A oto kolejny obiekt. Stoi od kilku lat kilkanaście metrów od plaży w miasteczku Limenaria. Stoi i straszy i na pewno jeszcze długo to potrwa, bo turystów coraz mniej. Na plaży i w miasteczku można usłyszeć tylko sporadyczne głosy hałaśliwych niegdyś Niemców.

Zabrakło też turystów w oddanym w tym roku obiekcie w bardzo atrakcyjnym miejscu przy plaży. Też stoi pusty – choć już wykończony. W ubiegłym roku podczas porannych biegów obserwowałem codziennie pracownika sprzątającego właśnie tę plażę Grand Beach. W tym roku śmieci walają się od początku sezonu, a pracownika do sprzątania ani razu nie spotkałem.

Kryzys widać gołym okiem. Nawet można go dostrzec na szyldzie stacji benzynowej. W ubiegłym roku cena litra benzyny kosztowała pół euro.

Dziś trzeba zapłacić prawie półtora euro za litr.

Grecy jednak tym kryzysem się jakoś nie przejmują. Złorzeczą tylko na Niemców, którzy ośmielili się im zaproponować  odkupienie niektórych wysp i starożytnych zabytków. Nadal w swoich kafenijo godzinami popijają niewinnie wyglądające w szklankach mleko, a to przecież ich słynne ouzo mieszane z wodą.

Obiektów świadczących o greckim kryzysie jest wiele na każdym kroku. Jednak nie chciałbym zniechęcać polskich turystów do wypoczynku w tym ciepłym i przyjaznym nam Polakom kraju.

13 czerwca 2010, niedziela, 21:52

Niedziela w cerkwi

Na zakończenie tygodnia przyszła pora, aby odwiedzić lokalną świątynię.

Grecka cerkiew prawosławna określana jest jeszcze przymiotnikiem ortodoksyjna. Zaś ortodoksja wywodzi się z jęz. greckiego i oznacza autentyczną wiarę i właściwe oddawanie czci: ortos – prawy, autentyczny, doxa – wiara, opinia, chwała. Głoszenie zasad wiary i życia określa się mianem prawosławie, gdzie ostatecznym celem chrześcijanina jest osiągnięcie przez wierzącego współudziału w naturze boskiej. Religia ta jest drugą co do wielkości chrześcijańską wspólnotą, która według różnych źródeł zrzesza 200-300 mln ludzi na świecie.

Zdjęcie obok przedstawia ikonostas starej,  maleńkiej cerkiewki tuż przy plaży w Limenaria z 1880 roku. Natomiast prezentowana wyżej cerkiew jest trójnawową świątynią z charakterystycznym podziałem na przedsionek, dwie nawy boczne, nawę główną i część ołtarzową, w której znajduje się: prestorał (ołtarz), stół ofiarny, tzw. górne miejsce i ikonostas, w którym znajdują się tzw. carskie wrota i drzwi diakońskie. Po bokach specjalne miejsca na drewniane, obracające się stelaże na śpiewniki dla kantorów i ambona.

Dopytując tubylców o możliwość uczestniczenia w niedzielnej liturgii otrzymałem informację, że zaczyna się o godzinie siódmej i trwa długo. Wybrałem się zatem na wyznaczona godzinę, aby móc poznać obrządki greckiej, ortodoksyjnej cerkwi prawosławnej.

Była godzina 7.00 – zastałem wnętrze przepięknej cerkwi w blasku świec naturalnych i elektrycznych, w tajemniczym zapachu kadzidła i w dźwiękach śpiewu dwóch kantorów i wtórującego im popa. Usiadłem na wygodnym drewnianym fotelu pod samym chórem (w cerkwi nie ma organów) i byłem jednym z trzech uczestników nabożeństwa. Kantorzy nieprzerwanie śpiewali, a wtórujący im pop widoczny przez otwarte carskie wrota, a to zapalał świece, okadzał ołtarz i niezliczoną ilość razy robił znak krzyża. Powoli przybywało wiernych (głównie kobiety w czerni) – doszedł tez trzeci kantor. Gromadzący się uczestnicy nabożeństwa przyjacielsko się pozdrawiali. Następowało kilkakrotne czytanie Ewangelii, którą celebrując wnosił kilka razy pop od nawy bocznej, przez nawę główną, w asyście służby liturgicznej.

Dopiero po dwóch godzinach zapełniło się wnętrze świątyni. Przybyło też trochę mężczyzn, którzy zajęli miejsca w drewnianych fotelach lub bocznych stallach. Każdy z wiernych po wejściu kilkakrotnie się żegnał przed ikonami i całował je (z reguły były to cztery ikony w nawie głównej). Przybył też czwarty kantor i całkowicie już zapełniła się cerkiew. Przybyli też rodzice z rocznymi dziećmi na specjalne błogosławieństwo. Potem jeszcze miało miejsce kilkunastominutowe kazanie popa i na koniec rozdawanie przez niego kawałków chleba dla wszystkich uczestników liturgii, przy którym  następowało całowanie jego dłoni. Jeszcze tylko pokropienie wodą święconą ze specjalnego flakonika przez kościelnego, przy tym datek i możliwość  skosztowania  jakiegoś sproszkowanego ciasta po wyjściu z cerkwi.

Wierni nie śpiewali i nie klękali, jak ma to miejsce w kościele rzymsko-katolickim i w trakcie nabożeństwa wychodzili i prowadzili przyjacielskie rozmowy. Nabożeństwo trwało ponad trzy godziny.

10 czerwca 2010, czwartek, 20:25

W drodze na grecki targ

Do Prinos – niewielkiej osady rybackiej w zachodniej części wyspy Thassoswybraliśmy się z miasteczka Limenaria oddalonego o jakieś 15 km  lokalnym autobusem. Miasteczko Prinos posiada jeszcze bezpośrednie połączenie promowe z Kavalą, administrującą wyspą.

Po wejściu na przystanku do wypełnionego po brzegi autobusu poczułem atmosferę galicyjskiej wioski z lat siedemdziesiątych. To przypominało mi jazdę autobusem na trasie Limanowa – Stary i Nowy Sącz w okresie głębokiej u nas komuny. Pasażerów zmierzających na jedyny na wyspie targ w Prinos dziarsko obsługiwał około pięćdziesięcioletni konduktor.

A to wykrzykiwał powitalne pozdrowienia do wsiadających na poszczególnych przystankach tubylców. Innych zaś po przyjacielsku poklepywał, a innych gromko karcił za to, że nie zdążyli zapłacić za przejazd, a już muszą wysiadać. Niezwykle sprawnie wydzierał bilety ze swego konduktorskiego segregatora i jeszcze przed podaniem pasażerowi przedzierał je w pół. Kasował za przejazd, wydając drobne ze specjalnie skonstruowanej kasetki z posegregowanymi monetami. Bilet kosztował około trzech euro (jakoś trudno nam było się doliczyć właściwej stawki za przejazd).

Nagle, w połowie naszej drogi na targ, nastąpiła nieoczekiwana dla nas sytuacja. Kiedy dotarliśmy do centrum małej osady Maries, nasz konduktor zdecydowanym poleceniem wydanym po grecku nakazał naszej czwórce (podróżowałem z trzema miłymi turystkami polskimi) i jeszcze tam komuś nagle wysiadać z autobusu. Wcześniej już mieliśmy skasowane bilety na przejazd.

Z wielkim zdziwieniem i niepokojem zarazem, ale z pełną uległością przyjęliśmy ten stanowczy nakaz wysiadki. Bowiem także nasz konduktor razem z nami opuścił  ten autobus, pozostając z nami na przystanku. Teraz już po przyjacielsku starał się nam oznajmić, że za kilka minut przyjedzie po nas inny autobus i powiezie nas do celu naszej podróży. Tak też się stało – nowy, zupełnie pusty autobus podjechał, zabierając nas w dalszą, całkiem już niedługą podróż, zabierając pasażerów czekających na przystankach.

Obiecywaliśmy sobie wiele po reklamowanym przez sympatyczną przewodniczkę  Kasię jedynym na wyspie targu w Prinos. Liczyliśmy na to, że może zrobimy zakupy jakiegoś oryginalnego rękodzieła i wytworów tubylców. A tu niestety też dotarła wszechobecna, jak u nas chińszczyzna, zalewając stragany tandetnym, zunifikowanym towarem gospodarstwa domowego i ciuchami Made in China.

Owoce i warzywa uprawiane na wyspie też nie zrobiły na nas większego wrażenia. Chyba jeszcze zbyt wczesna pora na owocową obfitość grecką. Jedynie sadzonki ziół, warzyw i kwiatów wyróżniały się swoją wielobarwnością.

Z dala od targowego zgiełku udało mi się odnaleźć ukryte wśród zieleni lip i winogron wejście do niewielkiej cerkiewki. Pozwoliło mi to na nabranie dystansu do gwarnego targu na wyspie i utwierdziło w przekonaniu, że nie będzie to atrakcja, którą będę mógł polecać moim turystom przybywającym na Thassos.

PS. Ukłony dla Tosi, Basi i Kasi.