5 września 2010, niedziela, 20:24

Po prostu Thassos

Dziś jesz­cze tro­chę uzu­peł­nia­ją­cy­ch in­for­ma­cji. Tak wła­śnie wy­glą­da grec­ka wy­spa Thassos z pro­mu, któ­ry z mia­stecz­ka Keramoti po­ko­nu­je tra­sę w nie­wie­le po­nad pół go­dzi­ny.

Thassos, to jed­na z pra­wie trzech ty­się­cy wy­sp Morza Egejskiego i Jońskiego i jed­ną ze 176 za­miesz­ka­ły­ch. Pod wzglę­dem wiel­ko­ści je­st dzie­wią­tą w ko­lej­no­ści wy­spą i li­czy za­le­d­wie 390 km kwa­dra­to­wy­ch. Aby ją ob­je­chać sa­mo­cho­dem – po­trze­bu­je­my po­ko­nać nie­wie­le po­nad 100 km.

Widoczne na zdję­ciu pa­smo gór­skie prze­ci­na­ją­ce wy­spę ze wscho­du na za­chód no­si na­zwę Ypsarion ze szczy­tem o tej sa­mej na­zwie, któ­ry li­czy oko­ło 1200 m n.p.m. (grec­kie źró­dła są bar­dzo nie­do­kład­ne i po­da­ją róż­ne wy­so­ko­ści te­go szczy­tu).

Jest już pią­ty wrze­śnia – po­go­da na­dal usta­bi­li­zo­wa­na. No, mo­że po­za ostat­ni­mi kil­ko­ma dnia­mi spad­ku tem­pe­ra­tu­ry i za­chmu­rze­niem. Prognozy dla mo­ich tu­ry­stów są jed­nak obie­cu­ją­ce i od wtor­ku ma na­stą­pić znacz­ny wzro­st tem­pe­ra­tu­ry do tej sprzed tygodnia- oko­ło 40 stop­ni. Wiem, wiem – w Polsce wrę­cz prze­ciw­nie: po­dob­no zde­cy­do­wa­nie je­sien­na po­go­da. Poza ko­rzy­sta­niem z moc­ne­go słoń­ca – wszy­scy chęt­nie ra­czy­my się ob­fi­ty­mi plo­na­mi tej ży­znej zie­mi.

Gaje oliw­ne, upra­wy wi­no­ro­śli, la­sy pi­nio­we znaj­du­ją się w pół­noc­nej czę­ści wy­spy: od Limenas do Prinos na za­cho­dzie i Kinira na wscho­dzie. To tu ro­sną ki­wi, brzo­skwi­nie, cy­try­ny, fi­gi, jabł­ka, grusz­ki i orze­chy wło­skie. Okazałe ar­bu­zy, me­lo­ny, po­mi­do­ry, ogór­ki, czer­wo­na ce­bu­la – róż­ne od­mia­ny pa­pry­ki, cu­ki­nia i fa­so­la są bo­gac­twem tej wy­spy.

10 czerwca 2010, czwartek, 20:25

W drodze na grecki targ

Do Prinos – nie­wiel­kiej osa­dy ry­bac­kiej w za­chod­niej czę­ści wy­spy Thassoswy­bra­li­śmy się z mia­stecz­ka Limenaria od­da­lo­ne­go o ja­kieś 15 km  lo­kal­nym au­to­bu­sem. Miasteczko Prinos po­sia­da jesz­cze bez­po­śred­nie po­łą­cze­nie pro­mo­we z Kavalą, ad­mi­ni­stru­ją­cą wy­spą.

Po wej­ściu na przy­stan­ku do wy­peł­nio­ne­go po brze­gi au­to­bu­su po­czu­łem at­mos­fe­rę ga­li­cyj­skiej wio­ski z lat sie­dem­dzie­sią­ty­ch. To przy­po­mi­na­ło mi jaz­dę au­to­bu­sem na tra­sie Limanowa – Stary i Nowy Sącz w okre­sie głę­bo­kiej u nas ko­mu­ny. Pasażerów zmie­rza­ją­cy­ch na je­dy­ny na wy­spie targ w Prinos dziar­sko ob­słu­gi­wał oko­ło pięć­dzie­się­cio­let­ni kon­duk­tor.

A to wy­krzy­ki­wał po­wi­tal­ne po­zdro­wie­nia do wsia­da­ją­cy­ch na po­szcze­gól­ny­ch przy­stan­ka­ch tu­byl­ców. Innych zaś po przy­ja­ciel­sku po­kle­py­wał, a in­ny­ch grom­ko kar­cił za to, że nie zdą­ży­li za­pła­cić za prze­jazd, a już mu­szą wy­sia­dać. Niezwykle spraw­nie wy­dzie­rał bi­le­ty ze swe­go kon­duk­tor­skie­go se­gre­ga­to­ra i jesz­cze przed po­da­niem pa­sa­że­ro­wi prze­dzie­rał je w pół. Kasował za prze­jazd, wy­da­jąc drob­ne ze spe­cjal­nie skon­stru­owa­nej ka­set­ki z po­se­gre­go­wa­ny­mi mo­ne­ta­mi. Bilet kosz­to­wał oko­ło trzech eu­ro (ja­koś trud­no nam by­ło się do­li­czyć wła­ści­wej staw­ki za prze­jazd).

Nagle, w po­ło­wie na­szej dro­gi na targ, na­stą­pi­ła nie­ocze­ki­wa­na dla nas sy­tu­acja. Kiedy do­tar­li­śmy do cen­trum ma­łej osa­dy Maries, na­sz kon­duk­tor zde­cy­do­wa­nym po­le­ce­niem wy­da­nym po grec­ku na­ka­zał na­szej czwór­ce (po­dró­żo­wa­łem z trze­ma mi­ły­mi tu­ryst­ka­mi pol­ski­mi) i jesz­cze tam ko­muś na­gle wy­sia­dać z au­to­bu­su. Wcześniej już mie­li­śmy ska­so­wa­ne bi­le­ty na prze­jazd.

Z wiel­kim zdzi­wie­niem i nie­po­ko­jem za­ra­zem, ale z peł­ną ule­gło­ścią przy­ję­li­śmy ten sta­now­czy na­kaz wy­siad­ki. Bowiem tak­że na­sz kon­duk­tor ra­zem z na­mi opu­ścił  ten au­to­bus, po­zo­sta­jąc z na­mi na przy­stan­ku. Teraz już po przy­ja­ciel­sku sta­rał się nam oznaj­mić, że za kil­ka mi­nut przy­je­dzie po nas in­ny au­to­bus i po­wie­zie nas do ce­lu na­szej po­dró­ży. Tak też się sta­ło – no­wy, zu­peł­nie pu­sty au­to­bus pod­je­chał, za­bie­ra­jąc nas w dal­szą, cał­kiem już nie­dłu­gą po­dróż, za­bie­ra­jąc pa­sa­że­rów cze­ka­ją­cy­ch na przy­stan­ka­ch.

Obiecywaliśmy so­bie wie­le po re­kla­mo­wa­nym przez sym­pa­tycz­ną prze­wod­nicz­kę  Kasię je­dy­nym na wy­spie tar­gu w Prinos. Liczyliśmy na to, że mo­że zro­bi­my za­ku­py ja­kie­goś ory­gi­nal­ne­go rę­ko­dzie­ła i wy­two­rów tu­byl­ców. A tu nie­ste­ty też do­tar­ła wszech­obec­na, jak u nas chińsz­czy­zna, za­le­wa­jąc stra­ga­ny tan­det­nym, zu­ni­fi­ko­wa­nym to­wa­rem go­spo­dar­stwa do­mo­we­go i ciu­cha­mi Made in China.

Owoce i wa­rzy­wa upra­wia­ne na wy­spie też nie zro­bi­ły na nas więk­sze­go wra­że­nia. Chyba jesz­cze zbyt wcze­sna po­ra na owo­co­wą ob­fi­to­ść grec­ką. Jedynie sa­dzon­ki ziół, wa­rzyw i kwia­tów wy­róż­nia­ły się swo­ją wie­lo­barw­no­ścią.

Z da­la od tar­go­we­go zgieł­ku uda­ło mi się od­na­leźć ukry­te wśród zie­le­ni lip i wi­no­gron wej­ście do nie­wiel­kiej cer­kiew­ki. Pozwoliło mi to na na­bra­nie dy­stan­su do gwar­ne­go tar­gu na wy­spie i utwier­dzi­ło w prze­ko­na­niu, że nie bę­dzie to atrak­cja, któ­rą bę­dę mó­gł po­le­cać mo­im tu­ry­stom przy­by­wa­ją­cym na Thassos.

PS. Ukłony dla Tosi, Basi i Kasi.